poniedziałek, 2 lutego 2015

Weekend pełen psów, kotów i Wschodu.

Weekend spędziłam z Agą i Olgą, które są dla mnie dwiema bardzo bliskimi osobami. Olga w sobotę miała urodziny, Aga miała tydzień wcześniej więc w sumie z pomysłu Olgowego pojechałyśmy do Pabianic na indyjskie żarełko. Jadłyśmy w restauracji zwanej Smak Indii. Jeżeli będziecie przejeżdżać przez Pabianice, to zachęcam do odwiedzenia tej knajpki. Indyjska kuchnia jest dla mnie ulubiona. Niby wszytko jest robione na jedną nutę, jednak to jest ta moja nuta, która mi gra i pasuje jak najbardziej, tym bardziej, że jedzenie robią z całego serca.
Sama knajpa jest czysta i dość schludna. Troszkę kiczowato urządzona, ale to takie przaśne i urocze więc nie miało to brzmieć jak narzekanie. Absolutnie nie. 
Na przystawki zamówiłyśmy samosy ostre i średnio ostre, a także aloo chaat- ziemniaczki z groszkiem w sosie pomidorowym. Jako dania dziewczyny wzięły ser Paneer w różnych sosach, ja miałam Aloo Goobi, ziemniaki z kalafiorem w sosie indyjskim. Do wszystkiego zamówiłyśmy puri, rooti i garlic naan-  pyszne pieczywo. 
Obżarłyśmy się najgorzej jak się da. Do niedzieli czułyśmy pełne żołądki, ale naprawdę było warto! Dania wahają się cenowo od 10-12 (przystawki) do 22-24zł (główne danie). Pieczywka od 3zł w górę.
Byłyśmy także u Olgi na działce pełnej kotów. Olga ma wielkie serce. W domu ma dwa pyszne psiaki (takie dziadygi stare) Gutka i Pysie, oraz kotka. A na swojej działce ma koty, o które dba i pielęgnuje. Koty wyglądają jak takie wypasione Garfieldy, mają cudowną chałupę i wielką działę do biegania. Piękne miejsce, wrócę tam nie raz na pewno (tak się oficjalnie wbijam!). Wąsaczy jest więcej, ale jak to niektóre koty w ruchu, zwiały mi raz dwa ;).
W ogóle te moje dziewczyny to dobre duszki. Jakbym miała komuś powierzyć moją wredną i kochaną Bożenkę to oprócz mojej wspaniałej Teściowej tylko Im.
Muszę chyba częściej zabierać ze sobą aparat. Jak patrzę, na zdjęcia które wrzucam na fejsa, to naprawdę jakby były robione mikrofalówką.
W niedzielę byłyśmy na spacerze w Lesie Łagiewnickim, przy dwóch pięknych kapliczkach. Las Łagiewnicki jest przepiękny i cudownie było zobaczyć tam taką ilość osób, którym zima nie straszna i nie spędzają jej w manufakturze czy galerii łódzkiej ;).
W niedzielny wieczór już tylko z Agą odwiedziłyśmy restaurację Ha Long na Piotrkowskiej tuż przy Piłsudskiego i zjadłyśmy - ja tofu w pomidorach i frytki wietnamskie, a Aga makaron sojowy z warzywami. Dlatego też ten weekend był Wschodni, orientalny i mega ciepły, chociaż biały :). Dziękuję.



1 komentarz:

  1. Jakie boskie grubaski z tych kotów! A indyjskie smaki też należą do moich ulubionych, ale nie jadam tak zbyt często ze względu na to, że tłuszcz w tak dużych ilościach mi szkodzi. Raz na jakiś czas jednak nie mogę sobie odmówić ;)

    OdpowiedzUsuń